Znasz je. Czasem nawet lajkujesz, rzadko udostępniasz, trochę Ci głupio to robić. Chyba, że jesteś na fali, wtedy dodajesz je wraz z ekspresyjną emoji. Przekazują samą prawdę, w końcu wrzuca je mnóstwo ludzi, którzy osiągneli sukces. Motywują Cię do działania, sprawiają, że w jednej chwili ogaranisz się z życiowego marazmu i zmieniasz życie na lepsze.

Tak, to właśnie najbardziej tandetny i oklepany opis motywacyjnych cytatów który udało mi się stworzyć popijając w międzyczasie piwo coca-colę zero (miejsce na onkologii mam już zarezerwowane, spokojnie).

Moje podejście do motywacyjnych cytatów

Możesz pomyśleć, że hejtuję i wyśmieję wszelkie sentencje masowo publikowane na profilach ułatwiających Ci osiągnięcie założonych celów. Wizja gównoburzy w sieci zwanej Internetem, rozpętanej na skutek takiego wpisu wygląda kusząco, jednak nie byłbym szczery względem siebie tworząc podobny wpis.

Nie będę kopiował wikipedii, o motywacji możesz tam poczytać samemu (poświęć te 5 minut, zapewniam Cię, że będziesz wiedział na jej temat więcej, niż przeciętny polski coach). Zauważę jednak, że dział psychologii bezpośrednio się nią zajmujący jest dość rozległy i skomplikowany – nie ma uniwersalnej metody na skłonienie człowieka do wykonania określonej czynności, a paleta środków to umożliwiających jest bardzo szeroka.

Swoje miejsce na tej palecie mają też cytaty motywacyjne. Bardzo ładnie przedstawia to w przemówieniu na TEDx przedstawiciel Briana Tracyego na Polskę, Sebastian Kotow.

Czasami jedno zdanie, rzucone w odpowiednim momencie trafia na podatny grunt i sprawia, że zmieniasz swoje zachowanie. Jedno zdanie może spowodować, że zamykasz lodówkę, zakładasz dres i bierzesz się za robienie rzeczy nieosiągalnych dla Ciebie jeszcze kwadrans wcześniej.

Jeśli motywacyjne hasła wykorzystujesz właśnie w ten sposób to wszystko jest OK. Problem zaczyna się w momencie, gdy niektóre dewizy zaczynają kierować Twoim życiem do tego stopnia, że zdrowy rozsądek ustępuje im pierwszeństwa.

Istnieją sentencje, które warto wryć sobie do czaszki i kierować się nimi nawet przy myciu zębów, są też takie, których regularne stosowanie może Ci wyrządzić krzywdę większą, niż popijany przeze mnie napój lub po prostu sprawić, że będziesz dreptał w miejscu, zamiast iść po swoje.

Jakieś przykłady? Bardzo proszę:

No pain, no gain.

Pierwszy z brzegu. Działa fajnie, gdy kończysz ostatnie interwały, a adwersarz w wewnętrznym dialogu wytacza argumenty w postaci dwucyfrowego stężenia mleczanu we krwi, gorzej jeśli stosujesz go jako treningowe motto.

O wiele bezpieczniejsze będzie stosowanie zasady “jeśli coś Cię boli to najprawdopodobniej źle trenujesz”. Chodzi nie tylko o technikę wykonania konkretnego ćwiczenia oporowego, ale też o ponadprzeciętne powysiłkowe dolegliwości bólowe (których nie należy utożsamiać z DOMS-ami, będącymi normalnym zjawiskiem). Dobrze też zwrócić uwagę, że kierujące się tym powiedzeniem jednostki częściej zmagają się z brakiem progresu w wyniku nadmiernej objętości treningowej, niż poprzez lenistwo, rozumiane jako niedostateczna podaż bólu.

Podobne wnioski można wysnuć analizując restrykcyjne strategie żywieniowe, które fundują sobie osoby zorientowane na redukcję tkanki tłuszczowej. Głodzenie się, rozumiane jako ślepe podążanie za celem, do którego ma nas doprowadzić tandetna rozpiska jadłospisu nie jest dobrym pomysłem na budowę estetycznej, odtłuszczonej sylwetki.

Never give up

Na początku jest super. Wyznaczasz cel, robisz plan, lecisz z tematem. Widzisz efekty, idzie jak bułka z masłem. Nagle coś się psuje, brakuje Ci chęci, sygnał budzika śni się po nocach, zaczynasz wątpić. No ale “never give up”, trzeba iść dalej.

Idziesz, dochodzisz, wszystko się zgadza.

Czasami życie pisze inny scenariusz. Obojętnie czy źle wyznaczyłeś cel, plan okazał się równie skuteczny jak strategia Obamy na wybory prezydenckie, rozchorowałeś się czy los rzucił Ci kłodę pod nogi w inny spobób: trzeba wiedzieć kiedy się poddać.

Może czasem dobrze jest przegrać bitwę, ale wygrać wojnę?

Scenariusz nadużycia tej maksymy powtarza się często np w przygotowaniach do startu w sportach sylwetkowych. Godziny cardio, spory deficyt, samopoczucie podestu do dwoboju siłowego. Zwycięstwo z własnymi słabościami to niewątpliwy sukces, jednak nazbyt często jest on okupiony zanikiem miesiączki, totalnie rozregulowaną gospodarką hormonalną (co najczęściej łączy się z 10% wyższą od scenicznej wagą po 3 dniach od wyjścia na deski) czy zepsutą relacją z jedzeniem.

Impossible is nothing

Adidas zrobił na tym sloganie kupę kasy, spłycając bardzo rozsądną wypowiedź Muhammada Aliego do naiwnej dewizy.

Na pozór brzmi to fajnie: brzydkie kaczątko staje się pięknym łabędziem, kobieta z trzema cyframi na blacie gubi połowę masy ciała, dzięki czemu poprawia zdrowie, znajduje faceta i zakłada rodzinę i po prostu jest szczęśliwa, przeciętny raper dyskutuje z mównicy Sejmu z przedstawicielami narodu, dzierżącymi tytuł profesora.

Takie przypadki się zdarzają, możesz dołączyć do tego grona, szczerze w to wierzę, serdecznie Ci tego życzę.

Podchodząc do tematu na spokojnie: zasięg naszych możliwości jest szeroki jak nigdy, dysponujemy narzędziami umożliwiającymi nam osiągnięcia oceniane jako niemożliwe jeszcze kilka lat/pokoleń temu. Telefony komórkowe, internet, transplantologia, szczepionki – próbując opisać powyższe wynalazki oraz ich skutki dla ludzkości człowiekowi żyjącemu 100 lat temu zostałbyś potraktowany jak klient McDonalda domagający się kanapki o wyglądzie i rozmiarach widocznych w reklamie.

Granica pomiędzy “niemożliwym”, a “trudnym do osiągnięcia” jest trudna do zidentyfikowania. Spróbuję to przełożyć na realia fitnessowe: atrakcyjna sylwetka do cel osiągalny dla każdego. Uważam też, że przy dobrze dobranym treningu i diecie oraz dopięciu kwestii zdrowotnych, nasze możliwości sportowe i sylwetkowe wykraczają daleko poza większość przejętych oczekiwań. Wymagają one jednak przemyślanej pracy, silnej i stałej motywacji, a także upływu znacznej ilości czasu.

Próby przeskoczenia naturalnej (słowo klucz 😉 ?) drogi do celu mogą rodzić rozczarowanie i frustrację: brak wyraźnej talii, niesymetrycznie rozmieszczone przyczepy mięśniowe czy niewystarczająco wysoki VO2 max to parametry, których ignorowanie może sprawić, że poświęcimy masę czasu i zdrowia na pracy, którą ktoś inny wykona bez zadyszki, z lepszym efektem.

Zamiast podsumowania

Lista szkodliwych haseł mogłaby być dłuższa, jednak spowodowany słodzikiem wyrzut insuliny okazał się na tyle duży, że autor tekstu bezwiednie przechodzi w stan spoczynku, dlatego podsumowanie musi być krótkie.

Cytaty motywacyjne są ok, jednak aby tworzyć z nich własny dekalog dobrze by było przemyśleć ich użycie w różnych kontekstach, mieć świadomość ryzyk, jakie niesie za sobą ich bezwzględne stosowanie oraz pamięć, że nawet od zasady nullum crimen sine lege istnieją wyjątki.

Za działaniem powinien stać mózg, nie motywacyjny mem.

Share This