Powiedzmy sobie szczerze – trener personalny ma fantastyczne życie. Spędza pół dnia na siłowni, poprzygląda się odbiciu w lustrze, coś tam podpowie, tu pomoże, tam pogada. W międzyczasie wrzuci fotorelację z treningu, opisze jak walczy o marzenia i lepsze jutro. Jest młody, zdrowy, sławny, ludzie go lubią i szanują. Żyje według własnych zasad, zarabia przy tym na tyle dużo żeby bujać się sportowym samochodem i robić zakupy w Almie.

Żyć nie umierać. Niekiedy jednak na idealnym wizerunku pojawiają się rysy – szczególnie, jeśli popatrzymy na niego pod odpowiednim kątem. Są trenerzy, których osobowość i zachowanie stanowi dobry wzór do naśladowania, jak i osobniki dopuszczające się uczynków, których szanujący się człowiek dopuszczać się nie powinien.

Poniżej opisałem 5 spośród wielu zachowań dyskwalifikujących trenera jako osobę trzymającą pieczę nad Twoją formą.

„Indywidualne” plany

Absolutnie najbardziej znienawidzoną czynnością w pracy trenera personalnego jest rozpisywanie planu treningowego lub diety.

Jest to żmudna, nudna praca przy komputerze, którą po prostu trzeba wykonać. Zajmuje sporo czasu i z reguły nie daje takiej przyjemności jak np. trening personalny. Wymaga pełnego skupienia i analizy, a następnie przetworzenia informacji, które trener uzyskał od Klienta. Przy układaniu planu treningowego lub diety należy uwzględnić szereg parametrów, jak m.in:

  • wiek
  • płeć
  • stan zdrowia (tutaj odpowiednio: przebyte choroby, urazy, morfologia, alergie, nietolerancje…)
  • cele treningowe
  • wady postawy
  • możliwości czasowe
  • przeszłość związaną ze sportem
  • aktywność niezwiązaną ze sportem
  • tryb życia
  • rytm dobowy

I wiele innych, długo by wymieniać.

Przynajmniej teoretycznie, ponieważ pojawia się kusząca opcja w postaci użycia dwóch skrótów na klawiaturze: Ctrl + C, Ctrl + V (lub Command + C, Command + V – nie dyskryminujmy posiadaczy sprzętu Apple).

Czy Klient się zorientuje?

Najczęściej nie – bo skąd ma wiedzieć, że “zindywidualizowany, przygotowany specjalnie dla Ciebie plan treningowy, uwzględniający najnowsze trendy w dziedzinie anatomii, biochemii i marketingu” to gotowiec, który otrzymujesz, i za który płacisz jako jeden z wielu?

Skuteczności takiego planu nie będę oceniał, ponieważ dla wielu osób skopiowany z kulturystycznego forum szablon okaże się wystarczającym rozwiązaniem. Jednak oferowanie podobnej usługi jako spersonalizowanej, a następnie wysyłanie kopii kopii, jest nie fair.

Nikt ci tyle nie da ile ja ci obiecam

“Schudnij 7 kg w miesiąc”, “zbuduj 5 kg masy mięśniowej w 6 tygodni”, “przedłuż swojego penisa o 5 cm dzięki prostej sztuczce” – takie hasła zwracają uwagę i zachęcają do zakupu. W połączeniu z emanującym pewnością siebie trenerem oraz obietnicami łatwej i przyjemnej metamorfozy – trudno nie wyłożyć pieniędzy na stół z wizją nowego, lepszego siebie.

Plany i marzenia szybko weryfikuje rzeczywistość. Mając do wyboru dwóch trenerów: pierwszego, który mówi Ci, że zdrowa, bezpieczna redukcja tkanki tłuszczowej to żmudny proces i ubytek rzędu 0,5-1% masy ciała tygodniowo czy drugiego, obiecującego Ci powrót do sukienki ze studniówki w 3 miesiące?

No właśnie… Chcemy mieć efekty tu i teraz, zdrowy rozsądek przegrywa ze słodkim kłamstwami.

Podobnie ma się sytuacja w przypadku budowy masy mięśniowej – zdaniem Lyla McDonalda (niestety, to nie ten od hamburgerów) przyrost suchej masy mięśniowej bez wspomagania się farmakologią wygląda tak:

Category Rate of Muscle Gain
Beginner 1-1.5% total body weight per month
Intermediate 0.5-1% total body weight per month
Advanced 0.25-0.5% total body weight per month

Wartości podane w rozpoczynającym akapit zdaniu są realne, jednak szanse na wspomniane efekty są niewielkie (nt. ostatniej obietnicy się nie wypowiadam).

Dość często dochodzi do mylenia pojęć – nie zawsze “chudnięcie” oznacza “zmniejszenie ilości tkanki tłuszczowej”. Ubytek wody, glikogenu, zalegającego w układzie pokarmowym jedzenia może sprawić, że kilogramów na wadze będzie rzeczywiście dużo mniej (szczególnie jeśli startujemy z wysokiego pułapu), jednak niekoniecznie będzie to zmiana, której oczekujemy.

Nabieranie masy mięśniowej może znacznie przekraczać podane w tabeli wartości jeśli utożsamiamy beztłuszczową masę ciała z suchą masą mięśniową, do tego wracamy do treningu po przerwie i wspomagamy się zwiększającą magazynowanie wody kreatyną.

Wielu trenerów obawia się podawania realnych możliwości poprawy formy, w obawie przed zniechęceniem i rezygnacją z zakupu.

Czy słusznie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony – Klient może rzeczywiście zrezygnować z usług trenera i radzić sobie samemu lub z pomocą hojnieszej w obietnicach konkurencji, z drugiej – deklarowanie efektów, które nie następują lub następują wolniej, niż było w planie nie jest dobrym rozwiązaniem.

Najwłaściwszą drogą jest edukacja Klienta i uświadomienie go, że pewnych ograniczeń nie da się przeskoczyć, a skorzystanie z usług podmiotu to zapewniającego może okazać się nietrafioną inwestycją.

Co wolno wojewodzie…

Trener powinien wyznawać zasady, które próbuje wpoić podopiecznym.

Jak wygląda trener, który zakazuje jedzenia słodyczy a sam regularnie opycha się ciastkami? Sugeruje przygotowywanie zdrowych posiłków w domu, stołując się w fast-foodach? Informując o szkodliwości alkoholu i wrzucając piątkowe zdjęcia z zakrapianych imprez?

Co najmniej niewiarygodnie.

Nie oznacza to, że trener ma prowadzić idealnie zdrowe, ascetyczne życie – wszystko jest dla ludzi, a w przygotowaniu formy marzeń nie przeszkodzi okazjonalna Milka Oreo, wypad na Festiwal Pizzy raz na pół roku czy drink z okazji urodzin najlepszego przyjaciela. We wszystkim należy jednak znaleźć złoty środek, pamiętając, że trener często bywa bezkrytycznie kopiowanym wzorem, a utracone zaufanie trudno jest odbudować.

Warto tutaj wspomnieć o bardzo kontrowersyjnym temacie, jakim jest doping. Zdaję sobie sprawę, że trener – kulturysta chwalący się, że jego sylwetka to efekt osiągnięty dzięki duetowi strzykawka&igła miałby utrudniony proces pozyskiwania Klientów, jednak wmawianie naturalności i zapewnianie, że wystarczy trening, dieta i ciężka praca aby wyglądać jak idol to oszustwo i powinno być piętnowane.

Wciskanie niepotrzebnych suplementów

Uważam, że przy obecnej degradacji żywności i aktywnym trybie życia suplementacja jest niezbędna. Bardzo dobrze, że większość trenerów poleca swoim Klientom suplementy, ponieważ niewątpliwie pomagają one w osiągnięciu ustalonych celów.

Na drodze do symbiozy stoi tylko jedna przeszkoda – kasa. Znaczna część trenerów współpracuje ze sklepami z odżywkami lub konkretnymi firmami, co wydaje się doskonałym pomysłem: Klient dostaje wspomagające go, najlepszej jakości suplementy za mniejsze pieniądze, a trener otrzymuje należną mu z tego tytułu prowizję.

Sytuacja zaczyna się robić patologiczna, gdy trener postrzega współpracę z partnerem zapewniającym odżywki nie jako wsparcie i pomoc dla Klienta, ale jako źródło dochodu. Rodzi to absurdalne sytuacje, gdy początkująca osoba, której do utrzymania lub poprawy zdrowia oraz osiągnięcia wymarzonej formy wystarczy sensowny trening i z głową zaplanowana dieta, po kilku treningach ma szuflady wypchane hurtową ilością suplementów, których sensowność stosowania w jej przypadku wydaje się być wątpliwa.

O ile nie mamy do czynienia ze sportowcem przygotowującym się do zawodów lub osobą, której stan zdrowia usprawiedliwia stosowanie mało popularnych, drogich substancji trudno mi znaleźć usprawiedliwienie dla ładowania w człowieka dawki tabletek i proszków mogącej zaspokoić nawet najbardziej wybrednego leko(suplo?)mana.

Podstawę suplementacji powinny stanowić witaminy i minerały uzupełniane w zależności od potrzeb (a nie profilaktycznie przepisywane kompleksy witaminowo-mineralne, zawierające dawki kilkunastokrotnie przekraczające zalecane spożycie, które często – o ironio – oparte są na słabo wchłanialnych formach mikroelementów, niezapewniających nawet 100% dziennego rekomendowanego zapotrzebowania). Dobrym pomysłem, szczególnie jeśli mamy do czynienia z zapalonym amatorem sportu, jest stosowanie bezpiecznych, przebadanych substancji, których skuteczność nie budzi wątpliwości. Stosowanie zaawansowanych stacków przed/po treningowych, wątpliwej skuteczności ziół lub ekstraktów może być wydatkiem, który znacznie lepiej przeznaczyć na dobrej jakości jedzenie czy porządną książkę. Najlepiej o suplementach. Albo metodach wywierania wpływu.

Każdy chce zarobić, nie ma w tym niczego złego.

Tylko gdzie leży granica pomiędzy uzasadnionymi potrzebami a nabijaniem kieszeni poprzez (nie?)świadome wciskanie Klientom zbędnych produktów?

Kradzież treści

“Twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie. Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub – na żądanie twórcy – zobowiązać sprawcę, aby uiścił odpowiednią sumę pieniężną na wskazany przez twórcę cel społeczny”

Gdyby świadomość istnienia ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych była większa, a możliwości uzyskania sensownych odszkodowań bardziej dostępne, to w wydziale sądu zajmującym się podobnymi sprawami czekałoby się na termin rozprawy dłużej, niż w czasach PRL-u na mieszkanie spółdzielcze.

Stworzenie sensownej treści wymaga niebanalnego pomysłu, porządnego researchu i kilku godzin na sklejenie całości w akceptowalny twór. Co więcej, tworząc własny content narażamy się na krytykę – nie każdemu może się podobać nasze zdanie, możliwe też, że popełniliśmy merytoryczne błędy kompromitujące Nas w oczach potencjalnych Klientów. Nawet jeśli po wielu godzinach pracy wypuścimy składający się z kilku tysięcy znaków tekst to i tak zyskamy mniej polubień, niż zdjęcie wypiętego tyłka doświadczonej zawodniczki IFBB z półrocznym stażem na siłowni.

O wiele łatwiej i szybciej jest zastosować skrót na klawiaturze opisany w pierwszym punkcie tego artykułu. Wystarczy on najczęściej do zebrania satysfakcjonującej ilości lajków, podbudowania wizerunku eksperta i utwierdzenia się w przekonaniu, że wspaniale znasz się na swojej robocie.

Kradzież treści występuje (i z tego co jest mi wiadome – uchodzą bezkarnie) nawet na najwyższym szczeblu fitnessowych gwiazd, z największymi miłośnikami kaszy jaglanej włącznie.

Poza czystym sumieniem – trudno znaleźć racjonalne przesłanki przemawiające za unikaniem tego typu zachowań, ponieważ trener kopiujący treści jest praktycznie bezkarny – nawet jeśli przyłapie się go na gorącym uczynku to wystarczy usunięcie posta – i po krzyku.

Podsumowanie

Mam nadzieję, że ten artykuł uczuli Cię na pewne kwestie i sprawi, że zaczniemy patrzeć na trenerów bardziej czujnym okiem. Pewnym zachowaniom należy mówić stanowcze NIE, a wymienione punkty mogą stanowić dobry punkt odniesienia przy wyborze osoby, której chcemy – jakkolwiek to zabrzmi – powierzyć własne ciało.

Wiem, że nie zbawię świata, ale będę miał ogromną satysfakcję, jeśli przekonam choć jednego trenera do zaniechania opisanych praktyk.

Klient nie wszystko wybaczy.

 

Share This